sobota, 30 sierpnia 2014

Rozdział II


-         Alison, Laura przyszła! – krzyknęła mama.
-         Już idę.
Niemalże z prędkością światła zbiegłam ze schodów, po czym otworzyłam Laurze drzwi.
-         Hej, Laura! – krzyknęłam i dosłownie rzuciłam się przyjaciółce w ramiona.
-         Hej – odpowiedziała Laura i poklepała mnie po plecach.
Poszłyśmy do mojego pokoju. Pokazałam jej nowe zabawki, które dostałam na ósme urodziny. Wśród nich były nowe pet shopy.
-         Ale fajne – powiedziała Laura z zachwytem w głosie.
-         Wiem.
Nagle do mojego pokoju weszła obca dziewczynka.
-         Pani Iris mi powiedziała, że cię tutaj znajdę – zwróciła się do Laury.
-         Ali, to jest Iga – Iga mieszka na mojej ulicy. Iga, to jest Alison – moja przyjaciółka.
Iga wzięła do ręki jednego z moich pet shopów.
-         Śliczny – powiedziała, po czym zaczęła z nim uciekać.
-         Mamo, jakaś dziewczynka mi ukradła pet shopa! – krzyknęłam. – pomóż mi ją gonić.
-         Ale o co chodzi? – mama nie wiedziała co się dzieje.
Postanowiłam gonić Igę sama. Znaczy z Laurą. W sensie, że nie wciągać w to dorosłych. Złodziejka schowała się do swojego domu, ale Laura do niego weszła i zabrała jej mojego pet shopa.
-         Dzięki, Laura – powiedziałam, po czym przytuliłam się do przyjaciółki. Następnie wróciłyśmy do mojego domu i kontynuowałyśmy oglądanie moich nowych zabawek i dyskutowanie o nich. 
***


Pewnego zimowego dnia wybrałyśmy się z Laurą na spacer. Od pewnego czasu dokuczała nam banda czterech  starszych od nas o kilka lat chłopców. Rozmawiałyśmy o nich i ciągnęłyśmy się nawzajem na sankach. Udałyśmy się na poszukiwanie nowych uliczek w naszej okolicy. Szybko znalazłyśmy uliczkę, na której nigdy dotąd nie byłyśmy. Było przy niej kilka domów i dwie działki. Była zakończona tak, jak większość uliczek w okolicy - polem. Po środku pola odkryłyśmy wspaniałą górkę z której zjeżdżałyśmy na sankach. Nagle, niewiadomo skąd  pojawili się na niej  czterej dokuczający nam chłopcy..
-         To nasza górka – powiedział najwyższy z nich.
-         Nieprawda – odgryzła się Laura. – Ona jest niczyja.
-         Jest nasza – poparł tego najwyższego jego kolega. – nasza paczka zawsze się tu spotyka.
-         Cóż, od teraz już nie jest wasza – powiedziałam.
-         Przejmujemy ją – dodała Laura.
-         To ją sobie wywalczcie.
Zaczęli nas obrzucać lodem, śnieżkami i bić nas butelkami. I to nie butelkami plastikowymi, tylko szklanymi. Łzy nam leciały po policzkach z bólu, ale kopałyśmy ich na oślep. Była ich czwórka. Mieli nad nami przewagę zarówno liczebną  jak i pod względem ilości i jakości amunicji. I byli chłopakami. Jednak chciałyśmy zrobić wszystko, by zapamiętali, że z nami nie wolno zadzierać. Użyłyśmy więc typowej dziewczęcej broni: paznokci. Zaczęłyśmy ich drapać po rękach i wbijać im w przeguby paznokcie. Zaczęli powoli odpuszczać.  Miałyśmy liczne zadrapania, siniaki, stłuczenia, a nawet kilka ran, z których leciała nam krew. Zdecydowałyśmy, że odniesiemy sanki do domu i wrócimy tam z bratem Laury, który jest od nas starszy i mógłby nam pomóc dać chuliganom nauczkę. Jednak zanim zdążyłyśmy dojść do domu Laury, spotkałyśmy jej mamę, która właśnie jechała na zakupy.
-         Co wam się stało? – zapytała.
-         Zaatakowali nas chłopcy – powiedziałam. 
-         I pobili nas szklanymi butelkami i poobrzucali lodem i kamieniami.
-         Gdzie oni są? – zapytała ciocia Iris.
-         Zaprowadzimy cię tam – odpowiedziała Laura.
Pojechałyśmy z nią samochodem na uliczkę, koło owej góry. Mama Laury zaparkowała samochód przy zboczu górki i wysiadła z pojazdu wściekła.
-         To oni? – zapytała pokazując na chłopców.
Przytaknęłyśmy.
-         Co wy sobie wyobrażacie?! – krzyknęła. – Jak mogliście zaatakować moje dziewczynki? Jest was czwórka, macie butelki i jesteście chłopakami. A one są dwie i są bezbronnymi dziewczynkami. Dziewczynki – zwróciła się do nas – teraz wam zaraz pokażę,  jak macie się rozprawić z takimi jak oni.
Mama Laury podeszła do pierwszego z chłopców i kopnęła go w piszczel. Chwycił się za nogę i upadł na ziemię. Ciocia Iris wykorzystała to, że on leży i natarła go śniegiem. Z pozostałą trójką zrobiła praktycznie to samo.
-         Przyjemnie wam teraz? – zapytała. – Fajnie, jak ktoś silniejszy was bije?
-         Ni ... ni ... n-nieee – wyjąkał jeden z chłopców.
-         No właśnie, a wy je zaatakowaliście tylko dlatego, bo chciały pozjeżdżać na sankach z górki, na której się często spotykacie. Mam nadzieję, że od teraz jak te dwie dziewczynki będą tutaj przebywały, wy nie będziecie nawet na pięć metrów podchodzili do tej górki. Dziewczynki, idziemy.
Wsiadłyśmy do samochodu.
-         Pamiętajcie, jak ktoś was bije, oddajcie mu. Zróbcie wszystko, by wiedział, że z wami się nie zadziera – powiedziała mama Laury. – Jak bijecie się z dziewczyną, oddajcie jej trzy razy mocniej, a jak z chłopakiem, to pięć. Pamiętajcie, że żaden chłopak nie ma prawa was bić. A jeśli spróbuje, to mu oddajcie lub pójdźcie po kogoś starszego. Jak chłopcy zaczynają od drobnych bijatyk z dziewczynkami, to potem zazwyczaj wyrastają na damskich bokserów.
-         Dziękujemy za pomoc – powiedziałam.
-         Nie ma za co – odparła ciocia Iris. – Jak chcesz, Alison – to możesz do nas teraz przyjść na ciasto.
-         Z przyjemnością – odpowiedziałam.
       Po tamtym wydarzeniu widziałyśmy tych chłopców tylko kilka razy. Gdy tylko nas widzieli, uciekali z wrzaskiem, a my się śmiałyśmy, tańczyłyśmy i śpiewałyśmy:

Boi-dudki, boi-dudki! Hop, hop, hop.
Boi-dudki, boi-dudki! Hop, hop, hop.
Czterech dużych chłopców dziewczynki zaczepiało, 
Dziewczynki były małe i przed nimi uciekały.
Ale nasi chłopcy ciągle je gonili,
A gdy je dogonili, wyciągnęli butelki i je pobili.
Dziewczynki były małe i nie miały z nimi szans.
Lecz dzielnie walczyły,
i się chłopców nie bały. 
Nagle przyszła mama i na chłopców nakrzyczała.
Potem im oddała za małe dziewczynki.
Od tej pory chłopcy dziewczynek się bali,
I gdy je widzieli, to szybko zwiewali!
Boi-dudki, boi-dudki! Hop, hop, hop.
Boi-dudki, boi-dudki! Hop, hop, hop.

Od tamtej pory tamci chłopcy już nigdy nam nie dokuczali, a górkę na której miała miejsce nasza mała bitwa z chłopakami odtąd była przez nas nazywana Górą Śmierci, pomimo tego, że skończyło się na siniakach, stłuczeniach, zadrapaniach i przemoczonych śniegiem ubraniach. 





1 komentarz: